Biegiem w zapomnienie – Marcin

C-130-me

Biegiem w zapomnienie
Rozkaz, przygoda, chęć zysku, czyli obowiązek, ciekawość, możliwość realizacji planów. To były moje najbliższe odczucia towarzyszące mi w czasie wyjazdu na ponad półroczna misję do Afganistanu.
Wielka niewiadoma fragmentu mojego życia przybierająca gwałtownie kolor intensywnie szary, miejscami czarno-biały, barwy, którymi musiałem się cieszyć przez najbliższy czas.
Trwające w nieskończoność nieprzespane noce, ciągnąca się jak guma do żucia rozłąka z najbliższymi.
Był to czas wsłuchiwania się w ciszę i wyczekiwania przeraźliwego dźwięku alarmu „INCOMING” informującego o ostrzale bazy i przylocie z nieba śmiertelnych mocy. Był to czas spotykania się na co dzień z ludźmi, których mogliśmy widzieć po raz ostatni…
Przeskakujące w zwolnionym tempie klatki filmu dnia codziennego skutecznie torturowały mój umysł. Z dala od rodziny, przez siedem miesięcy, zakuty w kajdany czasu starałem się zająć czymś każdy milimetr tarczy zegarka. Książki, filmy i przede wszystkim bieganie – to moje próby szybszego zrywania kalendarzowych kart – przewrotna chęć szybszego zestarzenia się.  Musiałem stawić czoła wrogiej sytuacji. Wewnętrzna walka, by nie ulec czyhającemu na mnie lękowi.
Panujące warunki nie były sprzyjające do jakiegokolwiek wysiłku. Chęć uwolnienia umysłu, zapomnienia o czasie były jednak silniejsze i popychały mnie ciągle na zakurzoną, szaroburą trasę.
Na początku planowałem biegać z MP3, ale szybko odrzuciłem ten pomysł, ponieważ uzmysłowiłem sobie, że jestem w miejscu gdzie istnieje ciągłe ryzyko ostrzału bazy. W razie jakiegokolwiek zagrożenia, nieświadom niczego, mógłbym biec bardzo wyluzowany aż do momentu…
Nigdy do tej pory nie biegałem z myślą „gdzie mogę się w danym momencie schować, czy ten rów lub to zagłębienie ewentualnie zapewni mi bezpieczeństwo?”
Aż w końcu nadszedł dzień, o który każdy w duchu się modli, aby takowy nie nastał. Codzienny patrol, standardowe działanie, niepotrzebny jeden krok i … trzeba żegnać się z dniem codziennym. Zostawić w kampie swoje rzeczy, niepościelone łóżko, niedokończone sprawy. Tysiące kilometrów stąd pogodny poranek nie zapowiada tragedii dla najbliższych. Nadszedł dzień, kiedy odszedł na zawsze czyjś ojciec, mąż, syn i przyjaciel.

Szybka informacja do domu „To nie ja”.
W bazie życie toczyło się dalej. Idąc na stołówkę nie widziałem zmartwionych twarzy bądź nastroju smutku. Dzień, jak co dzień, każdy gdzieś podąża załatwiać swoje sprawy. Na stołówce gwar, śmiech i wiadomości w telewizji o pogodzie i wyniki niedawno zakończonego meczu w koszykówce. Zastanawiałem się, czy w ogóle coś się stało? Czy przypadkiem dzisiaj jednemu z naszych żołnierzy nie urwało nóg? Czy po prostu smak dobrze przyrządzonej piersi z kurczaka w sosie parmezan nie pozwalała myśleć o niczym innym.

No tak, znajdowałem się w dobrze naoliwionej machinie wyrachowanych ludzi, którzy nie martwią się tym co się stało. Przez chwilę pamiętają tylko najbliżsi towarzysze. Następnego dnia trzeba przecież znowu wyjechać na kolejny patrol, działać według procedur i stawiać kolejne kroki.
Zamiast treningu czułem się zobowiązany uczestniczyć w uroczystej Mszy Św. za pamięć poległego żołnierza. Pomyślałem sobie tylko „Tyle mogę zrobić… a jutro pójdę na dłuższe wybieganie”.