Chcę być ich głosem – Marlena

4

Czasami wstydzę się, że jestem człowiekiem. Wstydzę się, że inni ludzie potrafią krzywdzić bezbronne istoty. Jak człowiek może doprowadzić do wycieńczenia kota? Do pozwolenia, aby przez 3 lata pił tylko mleko, żywił się tym co upoluje, po czym po tych kilku latach pada z wycieńczenia. Ile bólu, którego nie sposób nam sobie wyobrazić musiał przeżyć. Chcę przedstawić historię kota o którego walczyłam, jednak było za późno… Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że wcześniej go nie zauważyłam. Na sam początek pragnę powiedzieć, że kocham zwierzęta, tak na prawdę to one nas nie krzywdzą, nie mówią przykrych słów, nie zostawiają, a ludzie? A ludzie odchodzą, często w momentach kiedy są nam najbardziej potrzebni, a wtedy zostaje nam przytulić się do naszego czworonoga, bądź cierpieć w samotności.

Od kilku lat jestem wolontariuszką w Schronisku Dla Bezdomnych Zwierząt . Mogę powiedzieć, że to szkoła życia. Nauczenie się wyłączania emocji, aby nie rozpaczać tylko pomagać. Co sobotę wyprowadzałam 2, 3 psy które potrzebowały miłości, uwagi. Pamiętam mojego pierwszego psa Abrę. Pies 7letni z depresją, z wyglądu zwykły kundel, na którego nikt pewnie nie zwróciłby uwagi. Dla mnie – sens pracy w schronisku. Na początku jak się tam wchodzi chce się pomóc wszystkim zwierzętom, niestety jest to niemożliwe. Nie jesteśmy w stanie zmienić życie wszystkich, ale możemy zmienić życie jednemu kotu czy psu. Kiedy poznałam Abrę, obiecałam jej, że znajdę jej dom. Obietnicę dotrzymałam, po pół roku szukania znalazłam jej dom tymczasowy, ale wtedy dowiedziałam się że są potrzebne pieniądze na niezbędną operację. Po kilku tygodniach udało mi się zebrać 500 zł.

Organizowałam zbiórki w szkole, kościele, wraz ze znajomymi którym serdecznie dziękuję. Piekliśmy ciasta, które sprzedawaliśmy, a wszystkie zebrane pieniądze przekazałam na operację. Zabieg przeiegł pomyślnie, a Abra wracała do zdrowia. Nie zapomnę jej szczęśliwego pyszczka, błyszczącej sierści, a nie taką jaką miała do tej pory w schronisku – mokra, wypadająca, zniszczona. A najbardziej cieszyłam się, że nie ma już depresji, była pełna energii, zachowywała się jak szczeniak, pies nie do poznania. Niestety jej chwile szczęścia nie trwały długo. Jej opiekunka z domu tymczasowego oddała ją do schroniska, bo przestraszyła się ataku padaczki, a jej wytłumaczeniem było ‚jestem na studiach, nie mam czasu’. I tak w pewną sobotę Abra trafiła ponownie do schroniska, nie zapomnę jej rozpaczy w oczach, jak się trzęsła, jak znowu popadła w ciągu kilku minut w depresję. Zapach tego miejsca psy nigdy nie zapomną, wiedziała co ją czeka. Ostatni raz wyszłam z nią na spacer, bo drugi raz nie zdążyłam, bo została poddana eutanazji, z chorobami jakie miała, nie dałaby rady w schronisku. Za każdym razem jak przychodziłam na wolontariat płakałam, bo nie mogłam sobie wybaczyć, że jej nie uratowałam.

Później chodziłam kilka miesięcy, które dla mnie był trudne. Musiałam się przełamać. Jednak nie dałam rady. Zrobiłam przerwę. Kiedy po roku czasu postanowiłam wrócić na wolontariat ‚na starcie’ musiałam stawić czoło kolejnej nieprzyjemnej sytuacji. Pewnego sobotniego popołudnia szukałam bezdomnych zwierząt na fotoreportaż. Nagle ujrzałam kota na schyłku wycieńczenia. W pierwszej chwili stanęłam i nie wiedziałam co robić. Wyłączyłam emocje, zrobiłam zdjęcie, to było na prawdę trudne. Dotknęłam kota i w tym momencie z domu wyszła pewna pani. Zapytałam czy to jej kot. Przyznała się do niego. Rozpoczęła się dyskusja, która później zamieniła się w kłótnie. Kobieta stwierdziła że dostała tego kota wraz z domem, który kupiła 3 lata temu, że daje mu jeść, karmę, ale nie chce jej jeść, tylko przez te wszystkie lata pije tylko mleko, że jest chyba ‚chory’. Dostałam wtedy ataku szału, musiałam się powstrzymać i spokojnie rozmawiać. Powiedziałam, że jeśli kot wygląda tak a nie inaczej, nie chce jeść , jest wychudzony to na pewno jest poważnie chory i trzeba z nim iść do weterynarza. Ona natomiast stwierdziła, cytuję ‚Jak z takim brzydkim kotem iść do lekarza, wstyd się pokazać’. Zaczęła się kłótnia, zaczęła krzyczeć, że ją obwiniam, że kot jest w takim stanie, a tak na prawdę to czyja wina? No pewnie że jej, jeśli przyznaje się do kota to ma obowiązek zapewnić zwierzęciu schronienie, pokarm, dostęp do wody i opiekę weterynarza. Nawet najmniejsze standardy życia tego kota nie były spełnione. Kiedy jednak powiedziała ‚że nawet mąż chciał go wywieźć’ straciłam nadzieję i natychmiast zadzwoniłam do schroniska aby tam zapewnić mu dom.
Kiedy przywiozłam go wraz z P.Teresą do Kociej Chatki, zrobiłam mu legowisko, w końcu miał swój ciepły kąt, miskę mokrej karmy i wody, a przede wszystkim czułość. Posiedziałam z nim trochę, nie zapomnę tego błysku w oku, jakby mówił ‚dziękuję’. Kotek był oswojony, dał się przytulać, a nie jak twierdziła tamta kobieta ‚że się nie da złapać’. Pomimo że tak śmierdział, miał posklejaną sierść, świerzba, pchły, zaropiałe oczy, cieknącą ślinę z pyszczka ja go kochałam, nie brzydziłam się go przytulić. Niestety to był nasz ostatni czas razem, już więcej nie mogłam mu pokazać, że są ludzie, którzy go kochają. Chciałam go później adoptować, jak wyleczylibyśmy go, aby nie przeniósł chorób na moje 4 koty w domu. I tak później P.Teresa pisała mi informację o stanie jego zdrowia. Z pierwszej wiadomości ucieszyłam się, na szczęście nie ma białaczki, więc nie został uśpiony. Pobrano krew do innych badań, podłączono kroplówkę, dostał zastrzyki. Niestety strasznie śmierdziało mu z pyszczka i zęby byłyby do usunięcia.

Za kilka dni dostałam w nocy wiadomość że temperatura kota wynosi 35 stopni, nic nie je, jego organizm nie trawi jedzenia, że ma zatkany przewód od woreczka żółciowego i żółć nie przechodzi do jelit. Trzustka w mega fatalnym stanie albo nowotwór albo niewydolność kompletna trzustki. Pani Doktor mówi że nie da się nic zrobić kociak jest wyniszczony nawet nie da się go uśpić żeby mu usunąć zęby a tym bardziej jakaś mega poważna operację. Niestety przepraszam Cię Belmondo (bo tak go wcześniej nazwałam), że nie zdążyłam Ci pomóc, przepraszam, że nie trzymałam Cię za łapkę kiedy umierałeś, mam nadzieję, że chociaż przez ostatnie kilka dni Twojego życia poczułeś ciepło i przez chwilę uwierzyłeś, że komuś nie jesteś obojętny. Zadam pytanie : Ile jeszcze takich sytuacji doświadczę? Ile jeszcze ludzi będzie tak bezdusznych? Ile będzie trwać taka znieczulica? P

roszę, w imieniu wszystkich zwierząt ‚Ludzie, zauważajcie, kochajcie, pomagajcie’. Te wszystkie sytuacje sprawiły, że uodporniłam się na ból, że nie zrobię już kolejnej przerwy w wolontariacie, bo wiem że czeka na mnie więcej kotów takich jak Belmondo, które nie są zauważane. Ta historia dodała mi sił, nauczyła pokonywania swoich słabości, że nie można panikować tylko działać, nauczyła cierpliwości, wytrwałości, nadziei i innej miłości – prawdziwej. Przełamałam wszelkie bariery własnego charakteru, aby pomagać. Ludzie potrafią sobie pomóc, zwierzęta już nie, nie mają głosu, nie mogą nam tego wykrzyczeć, dlatego chcę być ich głosem.