Daleko od All Inclusive – Magdalena

IMG_0790

 

Nigdy nie zapomnę piekącego uczucia satysfakcji, kiedy w 2008 roku nasz stary dobry fiat 126p szczęśliwie dowiózł naszą dwuosobową załogę do celu wyprawy: na szczyt skały Gibraltaru. Żyjące tam na wolności małpy skakały nam radośnie po masce, tylną, pochyłą szybę malucha wykorzystując jako zjeżdżalnię, a boczne lusterka jako trampolinę. A ja myślałam wtedy o tym, że właśnie udowodniliśmy sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

I pomyśleć, że wyjeżdżając z Warszawy zarówno ja, jak i mój chłopak na wszelki wypadek spakowaliśmy się w plecaki- cóż, w przypadku totalnej awarii byliśmy przygotowani zostawić samochód i do domu wrócić stopem. Czy nie wierzyliśmy, że nam się uda? Chyba nie, inaczej byśmy się na to nie porwali. Pocieszała nas myśl, że w końcu nasi rodzice i dziadkowie z całymi rodzinami jeździli maluchami nad Bałtyk , w góry, a nawet na wczasy do Bułgarii… ale jednak większość znajomych nam osób na wakacje jeździła do ciepłych krajów, do hoteli, w których można pić drinki w dowolnych ilościach i odpoczywać w cieniu palm nad błękitnym basenem. Wydawało się to trochę nienormalne, że zamiast szukać dobrej okazji „last minute” planowaliśmy wakacje, na których 12 godzin dziennie spędza się w ciasnym maluchu, z głową pękającą od huku silnika, w nieustającej niepewności czy kolejne 100 km uda się przejechać bez awarii. A jednak stojąc tam, na najdalej wysuniętym na południe wierzchołku Europy, przy dzielnym fiaciku czuliśmy, że było warto.

Nie zaprzeczam- miałam momenty zwątpienia, kiedy zmęczeni szukaliśmy gdzieś w dzikim polu miejsca, gdzie moglibyśmy parę godzin przespać do rana, albo gdy nagle w górach wysiadł filtr paliwa, albo gdy pod strome serpentyny górskie jechaliśmy ledwo na jedynce… ale adrenalina, która towarzyszyła nam na co dzień okazała się być jak narkotyk. Pokonywanie każdego dnia własnej granicy komfortu sprawiało, że życie nabierało smaku- rajd po  prawie pustynnych terenach Andaluzji, przeprawy przez Pireneje, wspinanie się we Francji na najwyżej położoną drogę Europy, przełęcze we włoskich Alpach i te wariactwa małp na Gibraltarze- wszystko po to, żeby przeżyć coś wyjątkowego i poczuć smak przygody…

Ta wycieczka tylko narobiła nam smaku- potem jeździliśmy coraz dalej. Trzy lata później pojechaliśmy fiatem 126p do Stambułu, a w zeszłym roku objechaliśmy maluchem Morze Czarne. Te kolejne podróże były może i dalsze, może bardziej ambitne i egzotyczne… ale to właśnie tamto popołudnie na skale Gibraltaru wspominam jako moment, w którym naprawdę zdałam sobie sprawę, że jedyną granicą dla życiowych wyzwań jest granica wyobraźni.