Marzenia się spełniają, wystarczy dużo marzyć – Przemysław

mongolia_tavanbogd_trekking_agi_diuna1

 

Wszystko zaczęło się od jednego małego marzenia, które raz zasiane w naszym sercu zaczęło kiełkować, rozpaczliwie próbując się wydostać na świat. Nie dawało nam to spokoju, tacy już jesteśmy – żyjemy marzeniami, które wymagają od nas realizacji, często za cenę wyjścia poza strefę komfortu.

Rowerową podroż do Mongolii wymarzyliśmy sobie w 2013 roku, jeszcze w Indiach, kiedy to razem z Diuną szliśmy przez Himalaje Garhwalu. Ten dwumiesięczny marsz z jednoroczną wówczas suką rasy wilczak czechosłowacki scementował naszą trójkę, staliśmy się wówczas watahą. Diuna w Indiach dorosła, a po powrocie mogła zacząć trenować długodystansowe biegi przy rowerze. Do Mongolii również mieliśmy ruszyć razem, a jako cel postawiliśmy sobie przejście z Diuną 1000 km przez góry (w Himalajach bez wsparcia z zewnątrz i o własnych siłach pokonaliśmy dystans o połowę krótszy).

Dlaczego ruszyliśmy na rowerach? To, co najbardziej interesuje nas w podróżowaniu – spotkania z ludźmi i przyrodą – często umyka, gdy świat ogląda się z okna samochodu lub samolotu. Wprawdzie podróżując samolotem z Polski do Azji docieramy na miejsce przeznaczenia już po kilkunastu godzinach, ale bezpowrotnie tracimy doświadczenie wynikające z faktu powolnego pokonywania przestrzeni geograficznej. Siedząc wygodnie w samolocie, popijając drinki serwowane na pokładzie, patrząc przez okienko samolotu i okazjonalnie ścierając pot z czoła podczas turbulencji nie możemy powiedzieć, że odbyliśmy prawdziwą podróż. Podobnie jest z samochodem. Jadąc kilkadziesiąt kilometrów na godzinę nie jesteśmy w stanie zarejestrować wszystkiego, co za oknem. Nasz kontakt z rzeczywistością sprowadza się wówczas do postojów na stacjach benzynowych, czy też w przydrożnych barach.

Co innego rower, ten środek transportu daje nam wolność podróżowania i odrobinę wiatru we włosach. W ciągu dnia docieramy szybciej i dalej niż gdybyśmy poruszali się pieszo, ale wciąż podróżujemy na tyle wolno, żeby wszystkimi zmysłami świadomie chłonąć otaczający nas świat. Rower wydał nam się idealnym środkiem transportu. Atrakcyjna była też dla nas idea, że wszystko będzie zależało tylko i wyłącznie od nas (no może nie licząc innych uczestników ruchu drogowego). Energia, którą włożymy podczas codziennej jazdy, wysiłek fizyczny i pot na czole, to wszystko przełoży się na kilometry, które przejedziemy każdego dnia. Lecąc do Mongolii samolotem lub jadąc samochodem nie moglibyśmy zrealizować naszego sportowego założenia – pokonania ponad 6000 km własnymi siłami.

W podróży byliśmy 149 dni, przejechaliśmy w tym czasie z Diuną ponad 6140 km na rowerach, 200 km szliśmy przez Ałtaj Mongolski. Satysfakcję dało nam przede wszystkim nie to, że osiągnęliśmy większość zakładanych celów, ale to, że mimo wielu perypetii, chwil załamania i groźnych sytuacji wróciliśmy silniejsi niż kiedykolwiek.

Dzisiaj możemy śmiało stwierdzić, że warto było znowu wyruszyć z Diuną tam, gdzie spełniają się marzenia.