Moja meta – Marek

meta3

Moja historia przełamania, to tak naprawdę wiele wspomnień. Gdy się nad tym chwile zastanowić, to bardzo ciężko jest znaleźć ten odpowiedni moment, granicę, która odcina Nas od dotychczasowego życia, wyznaczając nową ścieżkę. Każdy próbował choć raz zmienić coś w swoim życiu. Zapewne wielu poniosło porażkę już na starcie, bowiem przeważnie jest tak, że w głowie wszystko przychodzi łatwo, lekkość planowania jest czasem wręcz zadziwiająca, a w momencie weryfikacji postanowień pojawia się pierwsza bariera. Brak szybkich efektów działania.

Znacie zapewne te uczucie, gdy kładąc się do łóżka, rozmyślacie na temat wielu rzeczy. Małych i tych dużych. Powstają piękne koncepcje działania, wyznaczane są określone schematy zachowań i zasypiamy z myślą, że już od jutra Nasz plan wejdzie w życie, a tym samym, Nasze życie zmieni się na lepsze. Ze mną było podobnie.

Od dłuższego czasu, na wskutek wielu zaniedbań i złych nawyków żywieniowych, moja forma fizyczna i psychiczna była daleka od ideału. Dodatkowo, w domu od jakiegoś czasu pojawił się nowy członek rodziny, syn, który z miesiąca na miesiąc rósł w zastraszającym tempie i wymagał co raz to większej uwagi. Jak zostajesz ojcem, to również snujesz plany, jakie to niesamowite życie zgotujesz swojemu następcy.Ileż to czasu poświęcisz na zabawę, ruchome formy spędzania chwil, sporty etc itd. Własneograniczenia, w postaci choćby braku kondycji, powodują,że zaczynasz szukać wymówek i robić wszystko, by z jednej strony nie mieć poczucia winy-bo syn chce byś poszedł pokopać z Nim piłkę,a Ty przecież musisz pracować w domu- i być usprawiedliwionym poprzez racjonalne (Twoim zdaniem ) argumentowanie.  Z ręką na sercu, Ja tak robiłem.

Katastrofalne podejście do kwestii ruchu czy żywienia, spowodowało u mnie kompletny brak sił fizycznych. W wolnym czasie więc, zamiast pokazywać młodemu, jak wiele ciekawych rzeczy można zrobić, ja leżałem na kanapie czy to przed TV, czy komputerem. I tak było do pewnej Niedzieli.

Siedzieliśmy z synem na kanapie, ja machinalnie przerzucałem kanały w telewizorze, gdy młody nagle zobaczył Tatry, w jednym programie telewizyjnym, który okazał się reportażem z biegu na wytrzymałość. Jakoś tak na chwilę zacząłem bacznie oglądać o czym traktuje ów materiał i w miarę upływu czasu, zaczęło mnie to krępować. W telewizji, ludzie starsi ode mnie pokonywali niesamowite trasy, pełne ciężkich przepraw i robili to z uśmiechem na twarzy. A ja? Dobijałem do trzydziestki i wielkim wysiłkiem dla mnie było pokonanie choćby 5 km. Gwoli wyjaśnienia, ja przez całe młodzieńcze życie uprawiałem różne sporty i na kondycję nie mogłem narzekać. Wiecie jednak jak to jest. Człowiek dorasta i wraz z wiekem przyciągają go inne przyjemności, te, których zdobycie jest coraz łatwiejsze. Dochodzi praca, szkoła, rodzina…i wtedy bardzo łatwo jest wmówić sobie, że jednak jest się zmeczonym. Że tak naprawde, jedyne czego potrzebuję w danej chwili, to relaks z napojem procentowym w ręku i jakieś solidne, dobre jedzenie.

Kiedy takie zachowania „pielęgnujesz” przez miesiące,lata, to nawet najlepsza forma jest echem przeszłości. Po pewnym czasie jest bardzo ciężko wrócić do aktywnych nawyków, a coraz łatwiej jest wyszukać powody, by w obecnej formy egzystencji ( celowo używam tego słowa, bo takie życie, to tylko egzystencja, nie przeżywanie swoich dni ) pozostać. Tamtego dnia na kanapie postanowiłem, że i ja coś zmienię. W nocy, zanim przyszedł sen, plan działania przemyślałem na 100 różnych sposobów… Jak już było na wstępie, weryfikacja działań bywa bardzo brutalna. Postanowiłem zacząć od rzeczy małych, jak choćby rezygnacja z samochodu do pracy ( 2x 3km ) i by nie rzucać się na głęboką wodę, długich marszy 10-15 km dwa razy w tygodniu. Niby, nic wielkiego. Żaden to maraton, nawet jakiś bieg o lampkę górnika, ale z perspektywy czasu, wiem, że to posunięcie, pozwoliło abym się nie zniechęcił. Efekty w sporcie nie przychodzą szybko.

Nie da się biegać szybko i daleko, bez długich, mozolnych godzin spędzonych na treningu. Dlatego pierwsze tygodnie były trudne. Poza naprawde kilkoma wyjątkami, codzienie pokonywałem swoje 6km do pracy i dodatkowe kilomtery popołudniami. Z tygodniem starałem się to robić szybciej i dalej. I tak, po dwóch miesiącach, gdy forma lekko wrosła, wyznaczyłem sobie mało realny na tamtą chwilę cel : 10km biegiem poniżej 44 minut. By ów przedsięwzięcie zrealizować,należy wyznaczyć odpowiednią trasę. Tak więc, ze swoich marszów, wybrałem jeden odcinek, który prowadził przez malownicze lasy i tereny lotniska, urzekający mnogością barw, wszak była to wtedy jesień. Pierwszy raz „pobiegłem” tą trasą na początku Października. Czasownik umieściłem w cudzysłowiu, bo ciężko to nazwać biegiem. Miałem już zakupione urządzenie, które monitorowało mój puls podczas wysiłku fizycznego i te, bardzo szybko uświadomiło mnie, jak daleko mam do optymalnej formy. Wtedy jednak, to nie mogło mnie już zniechęcić. Każdego tygodnia, pokonywałem ten dystans biegiem, starając się to robić coraz szybciej.  Z początku róznica między tym , co zakładałem, a tym co osiągałem była duża. Z każdym miesiącem było jednak lepiej.

Pod koniec Grudnia, kiedy pogoda pozwalała jeszcze na wysiłek na dworze, postanowiłem w końcu przebiec dystans na tzw. „maxa”. Wyłączyłem funkcję informowania o dystansie w telefonie i postanowiłem, że na stoper popatrzę tylko dwa razy – przy włączaniu i wyłączaniu. Nie było tak, jak w amerykańskich filmach, że po drodze pod moimi nogami pojawiały się co raz to nowe kłody, bym przy końcu finiszował na ostatnich metrach, a „metę” przekroczył na sekundę przed wyznaczonym czasem. Biegłem pewnie, w zaplanowanym tempie i świadomy tego, że mogę to zrobić. Byłem już po wielu godzinach treningu, miałem w przeciągu tych kilkudziesięciu tygodni wiele momentów załamania i wiedziałem, że teraz musi się udać. Dobiegłem i było lżej niż się zdawało. Czas wynosił 43:47.

To nie było jednak najważniejsze. Dla mnie, była to informacja, że „tamte” życie zostawiłem właśnie za sobą. Właśnie kończył się rok i nastał czas wyznaczania nowych celów i inspiracji. Od tamtej chwili mineło już trochę czasu, a ja cały czas idę do przodu. No i najwazniejsze, w koncu mam i czas i możliwości by bawić się z Gabrielem :) Zdjęcie przedstawia moją Metę- 10 km trasy, w lasku za lubińskim lotniskiem.