Nawet w abstrakcyjne marzenia warto inwestować – Darek

IMG_1809

 

Zaczęło się od przypadkowo usłyszanej informacji, że podobno istnieje połączenie wodne Warszawy i Amsterdamu.

I to śródlądziem, bez wypływania na morze. Wtedy wizja o takiej podróży wydawała się zupełnie abstrakcyjna. Minęło parę lat, ale myśl o popłynięciu do Amsterdamu nie dawała spokoju. Ani finanse ani plany skończenia studiów i pójścia do pracy na etat nie rokowały, że to marzenie może się spełnić- dotąd pływaliśmy się tylko na Mazurach, głównie na Orionach, a studenckie życie nie opływało w luksusy i nie obfitowało w zagraniczne wyjazdy. A jednak gdy zaczęliśmy fantazjować „co by było gdyby” powoli dochodziliśmy do wniosku, że poszczególne problemy może dałoby się jakoś rozwiązać.

Wtedy pojawiła się determinacja. To naprawdę może się udać- ja i Magda zaczęliśmy na poważnie rozmawiać o takiej podróży. Godziny rozmyślań, planowania i kombinowania co i jak oraz odrobina szczęścia sprawiły, że powoli poszczególne elementy planu zaczęły układać się w całość i wizja popłynięcia do Amsterdamu stawała się coraz bardziej realna.

Od rodziców dostaliśmy używany silnik łódkowy o mocy 5kM, a zatrudnienie się na kilka miesięcy w firmie informatycznej pozwoliło na rozwiązanie największych problemów: czym i za co płynąć. Kupiliśmy stary jacht Orion, który po zdjęciu masztu i montażu zaburtowego silnika stał się niskobudżetowym (choć dla nas luksusowym) „hausbootem”. Reszta już potoczyła się sama.

Pierwsze dni- spływ Pisą i Narwią z Mazur do Warszawy wspominamy kompletnie abstrakcyjnie- jak byśmy sami nie do końca wierzyli, że to się dzieje naprawdę. Płynęliśmy znaną nam rzeką, jak gdyby nigdy nic, ale w głowach mieliśmy myśl, że do celu mamy jeszcze 1 500 km. Ludzie uśmiechali się wtedy pod nosem, gdy zapytani o cel mówiliśmy, że właśnie płyniemy do Amsterdamu.

Potem zaczął się kalejdoskop przygód, wrażeń i doświadczeń, których nie sposób w dwóch zdaniach opisać. Najpierw w Polsce odkrywaliśmy zapomniane rzeki i kanały, obrośnięte rzęsą, dziką przyrodę, z którą byliśmy sam na sam. Niewielkie śluzy na trasie Wielkiej Pętli Wielkopolski, które napotykaliśmy co paręnaście, czasem parę kilometrów pozwalały pokonywać powoli różnicę poziomów na kanałach. Potem w Niemczech niesamowity kontrast dla tamtych wspomnień stanowiły szerokie, wodne „autostrady”, pełne towarowych barek, ze śluzami wysokości już nie kilku, ale kilkudziesięciu metrów i ogromne inwestycje wodne, jak dwupoziomowe skrzyżowanie wodne na rzece Łabie. Po przepłynięciu przez wielki Ren, tuż obok kontenerowców wiozących setki ton towaru dotarliśmy do Holandii, gdzie znów pływaliśmy po wąskich rzekach, żeby potem pokręcić się po małych, przytulnych wodnych uliczkach Amsterdamu.

Trudno opisać ogrom przeżyć, a takie miny ludzi, którzy obserwowali z brzegów polską łódeczkę płynącą pośród luksusowych niemieckich i holenderskich jachtów motorowych. Zachwycaliśmy się, jak bardzo na zachodzie rozwinięta jest turystyka wodna i tym, że na kanałach mijają nas setki ludzi, spędzających wolny czas na wodzie, ale to, co odkrywaliśmy w Polsce, nie miało sobie równych. Takiej ciszy, spokoju, oderwania od cywilizacji i obcowania z naturą jak na polskich rzekach i kanałach nie doświadczyliśmy nigdzie indziej. Zupełnie nieoczekiwanie odkryliśmy taką stronę polskiej przyrody, jaką mało kto ma okazję oglądać. Fascynujące było też poznawanie polskich miast, które od strony wody pokazują swoje najpiękniejsze oblicze, a ukrywają szare blokowiska (które zawsze kują po oczach gdy wjeżdża się do miast samochodem).

Podziwialiśmy piękne panoramy miast zwiedzanych z perspektywy rzeki: nie tylko tych, które są znane z pocztówek, jak Toruń czy Malbork ale też dziesiątki innych: Grodzisk Wielkopolski, Bydgoszcz, Płock. Byliśmy pod wrażeniem ogromnych jezior, takich jak tzw „Morze Wewnętrzne” pod Amsterdamem, gdzie na horyzoncie nie widać drugiego brzegu, ale chyba bardziej zrobił na nas wrażenie cichy, klimatyczny Jeziorak z nielicznymi żaglówkami zaparkowanymi w trzcinach.

Każdego dnia działo się coś nowego i podtrzymującego adrenalinę na najwyższym poziomie- szukanie po ciemku miejsc na nocleg gdzieś na dzikich brzegach rzeki, wyprawy po benzynę, która skończyła się na zupełnym odludziu, gubienie i ponowne znajdowanie szlaku. I nieustanne wypływanie o wschodzie słońca i sterowanie w palącym słońcu i ulewnym deszczu do samego wieczora- napięty grafik bezlitośnie nakazywał pokonywać kilometry niezależnie od pogody i nastroju.

Mieliśmy do przepłynięcia łącznie 3000 km a prędkość przelotową: 9 km/h. Ta wyprawa, to dziesiątki wspomnień, zdjęć, anegdot. Dwa miesiące na wodzie i dwa dni na miejscu-w Amsterdamie. Za sterem spędziliśmy łącznie ok. 500 godzin, zużyliśmy 430 litrów paliwa, pokonaliśmy 125 śluz, Taka podróż naprawdę zmienia myślenie o tym, co jest możliwe i uświadamia, że  nawet w abstrakcyjne marzenia warto inwestować. Okazało się, że wyzwaniem nie jest wcale samo dopłynięcie „łupinką” do Amsterdamu, ale uwierzenie w to, że to może się udać.