Noc – Grzegorz

SSA_1192-6

 

Noc. Ten czas pomiędzy wschodem i zachodem słońca zdawał się od zawsze fascynować
ludzi. Nie wiadomo, co kryje się w ciemności, za kręgiem światła rzucanym przez płonący
kaganek. We współczesnym człowieku wciąż kryje się pierwotny lęk przed mrokiem, a taka już
jest natura ludzka, że to co nieznane, zawsze pociąga i intryguje.

Piątek, 24 października 2014
Wracając do domu z uczelni, zazdrościłem szczęściarzom, którzy nie musieli dzisiaj opuszczać swoich ciepłych domów. Moim marzeniem było jak najszybciej znaleźć się pod ciepłą tkaniną mojej pościeli wypełnionej ptasim pierzem. Mleczna zawiesina porannej mgły opadła, robiąc miejsce niezliczonym kroplom wody spadających z szarego nieba, powodując nagłe przyśpieszenie kroku wszystkich przechodniów. Mała apokalipsa, zwana przez optymistów jesienią, daje o sobie znać. Przeziębienie i związane z nim zwolnienie lekarskie, to chyba najlepsze, co może mnie dzisiaj spotkać.

Sobota, 25 października 2014, godz.: 7 rano
Ciepła, bliżej nieokreślona plama na mojej twarzy, przerywając sen, wyrywała mnie z ciepłego łóżka. Początkowo nieufny, wstałem, myśląc, że zapomniałem zgasić światło przed pójściem spać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że po całym tygodniu melancholii i deszczu, na niebie świeciło słońce niezmącone nawet najmniejszą chmurką.
Podekscytowany, zacząłem snuć plany na ten wspaniale zapowiadający się weekend. Krocząc niezdarnie po ciasnym pokoju potknąłem się nagle o bliżej nieokreślone „coś”. To były moje stare trepy, wyciągnięte z dna szafy i odkurzone jakiś tydzień temu, w nadziei, że tym razem nie dam się zaskoczyć zimie. Czemu nie?- pomyślałem podniecony genialnym pomysłem, który przyszedł mi do głowy. Godzinę później siedziałem już na twardych siedzeniach opustoszałego busa z wypchanym plecakiem obok. Na tabliczce za przednią szybą było napisane „Zakopane”.

godz.: 10:00
Sznur samochodów ciągnął się aż po widnokrąg. Czy wszyscy musieli wpaść na ten sam genialny pomysł co ja, akurat w tym samym momencie i tego samego dnia?

godz.: 14:00
Obolały wylałem się przez wąskie drzwiczki busa wprost na parking w Palenicy, skąd żwawo ruszyłem asfaltowym dywanem, prowadzącym do Morskiego Oka. Po chwili smętnego marszu, umilanego przez piękne panoramy, a zarazem nieco irytującego przez tłumy turystów wracających drugiego końca szlaku, w końcu dotarłem do niepozornego odbicia od szlaku z równie niepozorną tabliczką „Dolina Pięciu Stawów, 2h 10 min.” Nie tracąc cennego czasu, który nieubłaganie płynął, zmniejszając moje szanse na dotarcie do celu przed zmierzchem, ruszyłem w drogę. Już po pierwszych minutach marszu pod niemałą górę okazało się, że moje kondycja jest niczym moje nowiutkie Ferrari- nie mam Ferrari… Nie poddając się, pokonywałem kolejne wzniesienia ciesząc oko nieskalanym ludzką ręką krajobrazem.

godz.: 16:30
Musiałem być na prawdę wysoko, biały puch pokrywał wszystko dookoła. Temperatura bliska 0 zamieniła szlak w długaśne lodowisko. Nie zabrałem łyżew, ale moje trepy ślizgały się całkiem nieźle.
W końcowym odcinku drogi, szlak rozdzielał się w dwie strony: Jedna z nich, oznaczona kolorem czarnym, prowadziła przez morderczo wysokie stopnie, których koniec widniał gdzieś u wierzchołka jednego z okolicznych szczytów. Bez dłuższego namysłu wybrałem drugą opcję, ubarwioną dla odmiany na zielono- nieco dłuższy szlak, prowadzący przez Siklawę, jeden z Tatrzańskich wodospadów. Już po chwili okazało się, że nie był to trafny wybór. Droga stawała się coraz bardziej uciążliwa i trudna do zlokalizowania. Z ziemią witałem się aż nadto często, tłukąc sobie przy okazji „4 litery”. Złociste słońce, jak gdyby żegnając się, oświetlało chmurzaste smugi wokoło szczytów. Zapadał zmrok, lekko już zdenerwowany przyśpieszyłem niepewne kroki po oblodzonych głazach. Kilka chwil później, już tylko latarka-czołówka, świecąc smętnym światłem, wyznaczała kierunek mojego marszu. Coraz bardziej przerażony myślą spędzenia zimnej nocy na szlaku, przestałem zwracać uwagę na otoczenie. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w schronisku, popijając grzańca w gwarnej, zatłoczonej stołówce.
Zrobiło się kompletnie ciemno, ale dobra wiadomość była taka, że prawdopodobnie dotarłem do Siklawy. „Prawdopodobnie”, bo wcale jej nie widziałem, za to grzmot opadającej wody z dużej wysokości było słychać doskonale. Już niedaleko- pomyślałem. Zmęczony i obolały, ale również ekstremalnie skoncentrowany, ruszyłem dalej, starając się uważnie dobierać każdy krok. Jeden błąd i moja nieciekawa sytuacja, mogła awansować na tragiczną. W tym momencie, stwierdziłem również, że jestem skończonym pacanem.

godz. ok. 19:00
Teren zaczął się już wyrównywać, co znaczyło, że zbliżam się do doliny. Zapewne by mnie to ucieszyło, gdyby nie fakt, że moje jedyne źródło światła właśnie odmówiło posłuszeństwa. Metoda naprawy „młotkiem” nie przyniosła oczekiwanych rezultatów- baterie siadły. Sięgnąłem do wypchanego po brzegi plecaka po nowy komplet i w tym momencie, moje zdumienie sięgnęło zenitu. Stwierdziłem, że zaczyna świtać. Dookoła było całkiem jasno. Widać już nawet było kawałek tafli Wielkiego Stawu. Uniosłem głowę w kierunku wschodu, chcąc potwierdzić swoje niesamowite odkrycie, jednak nie znalazłem niczego, co wskazywałoby nadejście poranka. To co zobaczyłem, spowodowało, że stałem jak wryty z otwartą gębą przez dłużej nieokreślony czas…

godz.:?
Ocknąłem się. Coś wielkiego rysowało się nad moją głową. Miliony jasnych punkcików migotało w górze, tworząc przeróżne mniej lub bardziej abstrakcyjne kształty. Olbrzymi bezmiar, pałający tajemniczą obecnością i ciepłem, rozciągał się na ciemnym jak smoła niebie, chcąc jakby wynagrodzić mój trud włożony w dotarcie tutaj. Pomyślałem, że to najpiękniejszy i najdoskonalszy widok jaki zafundowały mi góry. Teraz sam zacząłem się zastanawiać, czy nie spędzić nocy na szlaku, aby móc popatrzeć jeszcze dłużej i dłużej. Niestety pusty żołądek i przemarznięte kości sprowadziły mnie z powrotem na ziemię. Wyciągnąłem więc aparat i pstryknąłem kilka klatek, podziwiając świetlistą otchłań nade mną. Po chwili ruszyłem powoli dalej. 5 minut później przywitały mnie światła schroniska i śmiechy podchmielonych turystów, niosące się echem po dolinie. Szkoda, że większość siedząc zamknięta w 4 ścianach, ukrywa się przed pięknem doskonałym, nie zdając sobie nawet z tego sprawy- stwierdziłem zasmucony.

Ta noc była dla mnie ważną lekcją pokory. Nauczyła mnie ogromnego szacunku do natury i dostarczyła wielu niezapomnianych wrażeń, a także kilku siniaków. Ale mimo wszystko bilans jest zdecydowanie dodatni. Teraz już zawszę będę wracał w góry, za każdym razem próbując dostrzec coś nowego i w kółko będę powtarzał, że warto. Warto się przełamywać i przede wszystkim- nie poddawać się!