Optymistycznie na szczycie Świnicy – Jakub

DNT_8985_M

Zwykle robię sobie zdjęcia, na których nie uśmiecham się prawie wcale lub gdzie twarz przysłania mi aparat. Tym razem nie mógłbym inaczej, powstał szeroki uśmiech na szczycie Świnicy… Ale zacznijmy od początku.

Góry to mój azyl, miejsce, gdzie mogę odpocząć od codziennego biegu, natłoku spraw i obowiązków. Miejsce, gdzie obcuję z przyrodą, wyciszam się i poznaję ciekawych, bardzo pozytywnie nastawionych ludzi. Na miesiąc przed wyjazdem zdecydowałem się poszukać kogoś, kto kocha góry równie mocno jak ja i chciałby mi potowarzyszyć. Udało mi się wpaść na ogłoszenie, w którym dziewczyna w moim wieku również szukała towarzysza na wspólną wyprawę. Tak się poznaliśmy i już kilka tygodni później siedzieliśmy w busie do Zakopanego. Założenie było proste: nocujemy tylko w schroniskach, z dala od cywilizacyjnego zgiełku, a na pierwszym miejscu stawiamy przygodę! Wieczorem w schronisku na Kondratowej Hali tradycyjnie już przywitał nas tamtejszy kot, który usiadł mi na kolanie mrucząc i podjadając co nieco z kanapki – uwierzcie mi, gdybym tylko mógł wgrać tu więcej zdjęć, to na pewno byście go zobaczyli! Kiedy rankiem wyruszyliśmy ze schroniska przywitało nas śliczne słońce na prawie bezchmurnym niebie. Zaczęliśmy wolnym marszem, bo na plecach mieliśmy całe wyposażenie na cztery dni wyjazdu. Pogoda jak na jesienną aurę naprawdę dopisywała, choć za Kasprowym widoczność była już coraz bardziej ograniczona z czasem przechodząc w gęstą mgłę – a szkoda, bo rejony te słyną ze znakomitych panoram.

Ostatnie minuty dojścia na Świnicę słyną z wyjątkowej ekspozycji terenu. W jednym miejscu musieliśmy zboczyć ze szlaku, który był niebezpiecznie oblodzony i przejść trochę wyżej pewną pokrywą śnieżną. Korzystając z okazji raz jeszcze uchylam czapkę z głowy za odwagę oraz motywację mojej współtowarzyszki Karoliny – mimo moich wszelkich obaw radziłaś sobie rewelacyjnie. Na szczycie było cudownie. Cicho, mgliście, tajemniczo. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że słusznie obraliśmy ten szczyt najważniejszym do zdobycia podczas naszej wyprawy. Tam też wykonałem fotografię konkursową a moja uśmiechnięta twarz wyraża chyba więcej, niż jakiekolwiek słowa. To nie jest moment, gdzie sztucznie pozowałem usiłując wyjść jak najlepiej (znacie to uczucie, gdy ktoś robi Wam zdjęcie), po prostu uniosłem aparat i spontanicznie wcisnąłem spust migawki, niczym reporter własnej historii, obojętnie wobec efektu końcowego, tego czy wyjdę ładnie, czy brzydko. Ze szczytem wiąże się jeszcze jedna miła historia. Schodząc z niego minęliśmy się z niezwykłym podróżnikiem, który chwilę później nas dogonił i miło zagadał. Rafał ma zespół tourette’a, kocha góry równie mocno jak my, jeśli nie mocniej. Gdyby nie lekki grad i silny wiatr na grani, to zostałby tam na nocleg. Jak się okazało po za górami kocha również fotografię, prowadzi nawet własny fotoblog, wiec szybko znaleźliśmy wspólny język. Poszliśmy we trójkę przez Zawrat, gdzie minęliśmy „na wyciągnięcie ręki” trzy kozice i dalej do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, w którym mieliśmy nocleg.

Wieczorem po kolacji wyszedłem z Rafałem jeszcze na godzinkę nad jeden ze stawów. Robiliśmy zdjęcia nocne, popijaliśmy piwko, gawędziliśmy. Każdy z nas miał swój statyw, więc mogliśmy oddać się pasji. Księżyc świecił niezwykle mocno, czołówki były praktycznie nie potrzebne, choć wykorzystywałem jedną do doświetlania określonych obszarów zdjęcia. Wyobraźcie sobie jak lazurową wodę uzyskałem. Byłoby to kolejne zdjęcie, które z miłą chęcią bym Wam pokazał. ;)

W sekrecie zdradzę Wam, że już teraz planujemy kolejny wspólny wyjazd. :)