Pierwsza szychta – Dawid

03062009725

Gdy skończyłem szkołę szukałem bardzo intensywnie pracy jednak dorywcze roboty i na umowy tzw śmieciowe nie chciałem pracować, więc postanowiłem złożyć podanie na kopalnie. Po ok 2 tygodniach dostałem papiery na badania, przeszedłem szkolenia i po ok miesiącu czasu a było to w grudniu jakoś przed świętami pierwszy raz zjeżdżałem na dół – pierwsza szychta.

Nie miałem pojęcia co mnie czeka i nie chciałem nawet sobie wyobrażać jak w takim razie musi być na dole. Udaliśmy się z instruktorem na pierwszy zjazd niby nie tak głęboko bo na poziom 416m p. p. m. ale i tak się bałem, gdy wsiedliśmy do szoli – windy serce chciało mi wyskoczyć i nie bez powodu gdyż zjeżdża bardzo szybko (6m na sekundę). Jesteśmy już na dole na podszybiu wysiadamy i udajemy się na dworzec skąd odjeżdżamy małymi wagonikami w kierunku naszego miejsca pracy.

W normalnej pracy jak widzi się pożar to się wychodzi i już, na dole jak się zapali niestety nie wyjdę przez okno, nie ma zraszaczy, nie złapię świeżego powietrza bo jak się pali wszystkie dymy idą z prądem powietrza i każdy bez aparatu ucieczkowego będzie to wdychał jednak niedługo, wystarczy kilka wdechów i koniec.

Wysiadamy na następnym dworcu i dalej udajemy się pieszo dochodzimy do chodnika który jest na 1 metr do góry zalany i tak ok 50-60m musimy się wspinać z całym zestawem narzędzi, aparatem ucieczkowym lampą po tzw ociosie, obudowie chodnikowej. Ciężko się nie zamoczyć dużo osób już na początku ląduje w lodowatej i brudnej wodzie i musi później mokry pracować. Idziemy dalej schodzimy coraz niżej robi się z kolei coraz cieplej, duszno, pot spływa jak mała rzeczka po ciele. Jesteśmy w końcu na robocie ok 1,5h od zjazdu, przeszliśmy ok 4km tylko w jedną stronę a tu jeszcze trzeba robić.

Odkąd przyjąłem się na kopalni bardziej cenię życie i cieszę się z każdego dnia, wiem, że w każdej chwili na dole może dojść do tragedii.