Podróż do Stanów – Kamil

3891_484036741635378_667615689_n

Człowiek będąc dzieckiem, zawsze o czymś marzy. Moim, zawsze był wyjazd do USA. Nocne oglądanie koszykówki pokazywanej w publicznej telewizji nie tylko powodowały emocje przyspieszające puls ale także wyobrażanie o Ameryce. Dorastając, marzenia się zmieniały, jednak to, zawsze pozostawało na tym samym, pierwszym miejscu.

Nim się spostrzegłem, to wszędzie trzeba było wpisywać wiek z dwójką z przodu. Człowiek poszedł na studia, zaczął się uczyć (przynajmniej próbował :)) i nie miał czasu na nic, nawet na naukę angielskiego. W pewnym momencie, w chwili gdy usiadłem i nie wiedziałem czy dalej studiować kierunek, który w ogóle mnie nie pociąga czy może wrócić do domu i być na utrzymaniu rodziców, powróciło marzenie z dzieciństwa, które już trochę się przykurzyło.

Znalazłem program w internecie, zgłosiłem się do niego. Żmudne wypełnianie wniosków, wypełniania dokumentów, opłat i zgłoszenia wszystkiego… Przyszedł czas wizyty w ambasadzie, gdzie przestraszony, że znam tylko kilka słów po angielsku nie będę umiał z konsulem się porozumieć. Na szczęście to było nic w porównaniu w tym co miało się wydarzyć za niecały miesiąc.

Rozmowa w ambasadzie nawet nie wiem kiedy się skończyła, a po dwóch tygodniach przyszedł paszport z wizą. Radość była wielka, pakowanie zakupy – WOW, SUPER, WRESZCIE! Wsiadając do samolotu radość i uśmiech nie schodziły z twarzy. W samolocie okazało się, że kilkunastu Polaków leciało razem ze mną na ten sam program wyjazdowy.

Nowy Jork przywitał temperaturą 35+, którą dało się poczuć gdy wyszło się tylko z terminala. W grupie kilkudziesięciu osób czekaliśmy na autobus, który miał tylko 2H opóźnienia. Czas jaki spędziłem na lotnisku wynagrodziła podróż do hotelu, gdzie przemierzając kilometry dróg można było, przyklejonym do szyby, podziwiać piękne Manhattan. Dojechaliśmy do hotelu, gdzie przywitano nas i dano rozpiskę, że następnego dnia zawiozą nas na dworzec autobusowy gdzie kupimy bilety i pojedziemy do miejsc przeznaczenia. Tam już na nas będzie czekał ktoś, żeby nas odebrać.

Poranek na dworcu okazał się bardzo zatłoczony, ale zdumiewający, bo nigdy nie nie widziałem kilkuset stanowisk autobusowych. Dzięki ludziom z którymi wyruszyliśmy z hotelu (po angielsku znałem tylko kilka słów) zakupiłem bilet w kasie i każdy poszedł w swoją stronę. Po kilkunastu minutach znalazłem stanowisko, z wypisanym numerem, który kasjer wypisał dość niestarannie. Zdenerwowany, faktem, że do odjazdu zostało 10 minut, a autobusu nie ma, postanowiłem przejrzeć „rozmówki angielskie”, które zakupiłem przed odlotem. Wybiła godzina odjazdu, autobusu jak nie było tak nie ma, nikogo wokół nie ma ale pewnie autobus się spóźnia – pomyślałem. Gdy już minęło dobre pół godziny, postanowiłem z wielką walizką sprawdzić czy na pewno jestem w dobrym miejscu. Czas mijał, a ja sprawdzając numery stanowisk, raz po raz wracałem do tego samego miejsca z którego miał odjechać autobus.

W pewnym momencie siadłem na walizce i zacząłem płakać. Sam jak palec siedzę na dworcu autobusowym, nie znam języka, nie ma nikogo kto mówi po polsku, nie ma do kogo zadzwonić, kto by mógł pomóc. Myśli różne przewijały się po głowie, gdzie ja jestem i co tu właściwie robię? Patrząc na tarczę zegara, gdzie wskazówki przesuwały w moich oczach kilka razy za szybko nie wiedziałem co robić. Przecież siedząc i martwiąc się niczego nie wskóram. Trzeba coś z tym zrobić. Wyjąłem z bocznej kieszeni plecaka słownik polsko – angielski, angielsko polski i szukałem po kolei słów:

Gdzie
Znaleźć
Stanowisko
186

Gdy już po kolei znalazłem, zapisałem na kartce i podszedłem do osoby, która dbałą o czystość na obiekcie. O dziwo mnie zrozumiał i wskazał mi stanowisko gdzie powinienem się udać… Niestety, było to dokładnie to samo na którym byłem już dzisiaj po raz kolejny.

„Skoro on mnie zrozumiał, to na pewno inni też są w stanie to zrobić!” – powiedziałem sam do siebie.
Kilka osób nie wiedziało co od nich chce, a kilka innych wskazywało dokładnie to samo miejsce.
Ucieszony, że już mnie ludzie są w stanie zrozumieć, poszedłem do kasjera, który napisał mi na kartce raz jeszcze numer bramki – okazało się, że nie była to bramka 186 tylko 136 (A mówią, że to ja brzydko piszę). Udałem się w to miejsce i rzeczywiście, na początku miałem odjechać z tego stanowiska – jednak już jest 2H po odjeździe, a do następnego pozostało jeszcze 3 :(

Musiałem się skontaktować z osobą, żeby po mnie wyjechała – skoro wiedziała, że mam przyjechać o danej godzinie, a mnie nie było, to pewnie pomyślała, że już mnie nie będzie. Na szczęście miałem słownik w kieszeni i nie przejmując się czy będzie to poprawnie gramatycznie oraz czy mnie w pełni zrozumieją napisałem najdziwniejszy komunikat chyba w moim życiu – gdy znalazłem tą kartkę kilka miesięcy później, to sam z siebie się śmiałem :)

Tłumacząc to na polski brzmiało mniej więcej tak: „Ja być 5 godzin w miasto, późno autobus niedobre miejsce przepraszam późno”. Zadzwoniłem pod numer, który miałem na umowie i gdy tylko osoba odebrała telefon przeczytałem zdenerwowany to co miałem na kartce odłożyłem słuchawkę, a z automatu wyleciało jeszcze kilka centów. „Chyba mnie zrozumieli” pomyślałem.

W końcu po kilku godzinach siedziałem już w autobusie, a po dwóch kolejnych byłem na miejscu. Miasteczko małe, gdzie z autobusu wysiadło łącznie ok. 8 osób. Deszcz padał niemiłosiernie, a do schronienia był niewielki daszek przy wejściu do biblioteki. Po 15 minutach stałem już sam pod tym daszkiem, a wielkie krople zatrzymywały się na mojej twarzy. Wpatrzony w ulicę, która biegła po horyzont znowu się zastanawiałem, „co tym razem”. Nie było to wielkie miasto, tylko małe miasteczko, gdzie żywej duszy nie było widać. Czekając tak zastanawiając się co teraz zauważyłem podjeżdżający samochodów, gdzie wyszły 2 osoby, które jak się okazało – przyjechały właśnie po mnie. Wsiadłem na tylne siedzenie i odsapnąłem – W Końcu.

Od tamtego czasu język angielski stał się nieodłączną częścią mojego życia. Nigdy już więcej nie bałem się mówić w tym języku tylko go szkoliłem, co się przydało w wielu podróżach po różnych częściach świata :)

P.S.
W samochodzie do którego wsiadłem oprócz tych dwóch osób na przednich siedzeniach, siedziała dziewczyna z Kolumbii przy której mój angielski automatycznie uległ poprawie i jakimś cudem rozumiała co mówię :). Dzisiaj ta dziewczyna z samochodu, jest moją żoną :).