Przełamać strach – Emil

DSC_5810

Od dziecka bałem się ciemności. Czemu? Sam nie wiem. Nigdy nie zdarzyło się nic, co mogło spowodować paniczny lęk przed nocą i zgaszonym światłem. Nie przypominam sobie żadnych traumatycznych wydarzeń mogących wywołać taką paranoję. Tak, paranoję. To co przeżywałem nadawało się na scenariusz do horroru. Nie było mowy o gaszeniu lampki przed snem. W nocy byłem gotów zmoczyć łóżko, niż iść 3 metry korytarzem, do toalety. Najgorzej było w dni bez prądu. A takich mogło być kilka pod rząd – gdy burza zerwała kable. Burzy się nie bałem. Burza była głośna, hałasowała i otwarcie się do tego przyznawała. Moim wrogiem była cisza. Czarna, bezosobowa cisza- przedstawicielka nicości. To właśnie nicość mnie tak przerażała, Była jak wszechświat. Łaskotała mnie swoim wzrokiem po plecach, gdy wchodziłem po schodach. Stopnie stawały niestabilne, a ja po chwili gnałem do najbliższego źródła światła.

To były długie lata życia w strachu. Rodzice nie mogli nic pomóc, psycholog okazał się cwaniakiem wyciągającym pieniądze. Ze spotkań zapamiętałem jedynie zdanie: „sam musisz zwalczyć swój strach” . Wtedy gardziłem tym człowiekiem za to, że próbował zmotywować mnie do niemożliwego, nie próbując czegokolwiek zrobić.

Powoli jednak zaczynałem rozumieć, że miał rację. Ten cwaniak w brązowym, garniturze i ze zbyt spokojnym jak na normalnego człowieka wzrokiem miał cholerną rację… Nie mogłem oczekiwać pomocy od nikogo… I nikt nie próbował mi pomóc. Postanowiłem, że udam się do paszczy lwa i skonfrontuję się z samym sobą. Wejdę najgłębiej, jak się da i pokonam strach. Trochę zajęło mi, zanim zdecydowałem się na pierwszy krok.

Mój dom był bardzo duży, a największym pomieszczeniem był salon. Na samym środku położyłem materac z mojego łóżka. Rzuciłem kilka koców. Wyłączyłem nawet lodówkę, aby cisza była jeszcze większa (głupota, bo rozmroziłem sobie większość żarcia). Potem zgasiłem światło. Ocknąłem się około godziny 5 rano. Leżałem w kałuży wody… 4 metry od posłania. Ocuciła mnie rozmrożona lodówka. Wstałem i zrozumiałem, że strach nie pozwolił mi nawet dojść do materacy. Zwaliłem się na ziemię tam, gdzie stałem. Pierwsza próba – całkowite fiasko.

Nie poddałem się jednak tak łatwo. Tydzień później postanowiłem przekimać się na dworze. Piękny lipcowy dzień zapowiadał również piękną noc. Ośmielony i zmobilizowany pierwszą porażką spakowałem scyzoryk, poduszkę i śpiwór. O zmierzchu, opsikawszy się wcześniej offem, ruszyłem polną drogą do lasu. Rozłożyłem się pod grubym dębem tuż przy polanie. Światło powoli uchodziło. Spodziewałem się usłyszeć nocny koncert lasu, ze świerszczami, puchaczami i innymi fajnymi rzeczami. Nie słyszałem jednak nic. Las zdawał się być martwy. Pozbawiony dźwięków i kolorów, bór emanował ciszą i nicością. Cisza była tak potężna, że myślałem, że tak na prawdę straciłem słuch. Leżałem w śpiworze nie słyszałem już nic. Właśnie wtedy moja wyobraźnia zajęła się słuchaniem.

I przyszedł do mnie strach. Pojawił się niepostrzeżenie, wychylił się zza drzewa, przemknął przez polanę i wkradł się do środka. Zewsząd zaczęły otaczać mnie ciche dźwięki, szepty i oddechy. Pośród drzew majaczyły zjawy, niezidentyfikowane obiekty. Wszystko jednak było wytworem wyobraźni. Dałbym wiele, aby w tamtej chwili te rzeczy stały się prawdziwe i bez cienia podejrzenia. Miałbym wtedy pewność, że jest się czego bać, że zagrożenie jest realne i można już zacząć uciekać. Wiedziałem jednak, że to wszytko dzieje się tylko w moim umyśle i że to nie moje oczy widzą i nie moje uszy słyszą. Musiałem skonfrontować się z przerażonym sobą. Moje serce kołatało jak szalone. Z sekundy na sekundę przyśpieszało bicie, a moje nogi i ręce nie istniały. Byłem oderwany od swego ciała, a bicie serca zlewało się z dźwiękiem szumu krwi w moich uszach. Ja uwięziony w chwili, bez czucia i bez pamięci odczepiłem się całkowicie od rzeczywistości. Nie czułem już żadnego powiązania z tym światem, wszytko znikło. Cisza. Nie słyszę serca, nie słyszę szeptów. Wszystko zlało się z powrotem w milczenie.
Odkryłem, że znowu słyszę. widzę. Widzę swoimi oczami.

DSC_5810Powieki miałem cały czas otwarte. Bardzo szeroko. Wtedy dotarło do mnie, na co się gapiłem przez ta całą chwilę. Ujrzałem cholernie wielką kopułę nieba. Niewyobrażalnie wielką przestrzeń usianą milionami gwiazd. Poczułem na twarzy gorąco. Z moich oczu wymknęło się kilka łez. Spłynęły po rozżarzonych policzkach, przeszywając swoim dotykiem całe moje ciało. Doznałem dreszczu, takiego potwornie silnego. Od kręgosłupa, w dół aż po czubki palców stóp. Z tym dreszczem uciekł strach. Widziałem, jak uciekał z podkulonym ogonem, czułem jak przedzierał się przez gałęzie. Biegł, pruł, jak najdalej ode mnie. A gdy się przewrócił- czołgał się jak wąż w ściółce, szamotając się szaleńczo i raniąc się o kolce malin.

Rozejrzałem się. W powiewie wiatru przyszedł do mnie niesamowity spokój. Las, zaczął się na nowo pojawiać. Ukazywał się mym oczom lśniąc w promieniach księżyca. Budził się do życia. Dookoła mnie nadal panowała cisza. Poczułem ogromne ciśnienie w swojej piersi. Zalała mnie momentalnie fala gorąca i zimna. I zacząłem się śmiać. Śmiać i krzyczeć jak szalony, a gdy zabrakło mi tchu, to wstałem i zacząłem biegać po polanie. Śmiałem się i biegałem w kółko. Upadłem na ziemię. Moja twarz znalazła się w mokrej trawie. Łzy mieszały się z kropelkami wody. Pokonałem go. Pokonałem strach.

Mam 18 lat i od tamtej pory nie boję się niczego.