Przełamując zmęczenie – Marcel

maraton

Z notatnika:

“Wczoraj miałem mocny trening, więc dzisiaj chciałem zrobić spokojne, długie wybieganie. Byłem dość zmęczony, bo pracowałem na słońcu. W głowie słyszałem miękki głos „idź sobie odpocząć, przecież nie można się zarzynać, przed chwilą skończyłeś fizyczną pracę.” No dobra – odpocznę chociaż 30 minut, i idę – stwierdziłem… Ale w tym samym momencie poczułem wielką chęć pójścia od razu. Wszedłem do pokoju, zjadłem nektarynkę, banana, opłukałem głowę zimną wodą, założyłem spodenki do biegania, pulsometr i poszedłem. Od razu. Czasem trzeba iść za ciosem. Zamiast chlapać się w jeziorze odwlekających bieg myśli i wymówek, postanowiłem zostać z własnym zmęczeniem, i przekierowałem je w działanie.

Miałem zrobić 90 minut. Pierwszy zakres tętna, spokojniutko. Po 30 minutach – o, jeszcze godzina do końca. Było super. Słońce grzało mi plecy, nie za mocno, bo była już 19. Kiedy na stoperze pojawiła się 1h10 pomyślałem sobie „o, jeszcze 20 minut, pójdę do domu i wreszcie napiję się wody. Jednak znowu – po tej myśli pojawiła się inna, która przerodziła się w pewność – „a gdyby tak pobiec dalej?” – wiedziałem już, że na 1h30 się nie skończy. 1h20 – przebiegałem koło uliczki prowadzącej do domu, jakiś słaby głos z tyłu głowy mówił „zobacz, już dotarłeś, możesz skończyć, mięśnie zmęczone, a co jeśli złapiesz kontuzję?”. Nie miał jednak żadnej mocy, bo czułem się świetnie. Zrobiłem półmaraton. Ostatni raz ten dystans pobiegłem w Poznaniu, sto lat temu, na zawodach, w 2012. Więc nie jest jeszcze ze mną tak źle.

Przez niecałe 2h biegłem po asfalcie, ubitej drodze leśnej, po spadzistej kamienistej plaży, po polach i znowu po asfalcie. Mijałem ciszę wypełnioną śpiewem ptaków, szumem morskich fal, i rytmicznym uderzaniem o ziemię własnych stóp. Próbowałem czuć własne ciało, być tu i teraz. Wsłuchiwać się w mięśnie nóg, rejestrować jak się czują. Oddychałem przez nos, głęboko – przeponą. Oddech jest ważny. Moje wnętrze wypełniała czysta radość.

Ostatecznie to czy możemy biec dalej czy nie, zależy od głowy a nie mięśni.”

Ludzie kochają opowieści o tym jednym przełomowym momencie, prowadzącym do niebywałego sukcesu. Wielu szuka i pożąda takiej magicznej chwili. Ja też. Jednak sukces spowodowany dotknięciem czarodziejskiej różdżki to ułuda. Wielkie chwile rodzą się z małych zwycięstw. Z codziennego, czasem mozolnego, ale regularnego podążania za postawionymi celami. Z bycia wiernym własnej drodze.

Za każdym razem, kiedy zamiast zostać w domu, zakładam spodenki i buty do biegania, czuję, że podejmuję osobiste wyzwanie, że właśnie to jest moment przełamywania własnych barier, bo tak bardzo chciałbym posiedzieć w wygodnych czterech ścianach…

Dzięki temu, że dużo biegam, coraz więcej znajomych zwraca się do mnie z prośbą o porady jak trenować. Odpowiadając na ich pytania, zmieniam ich życie. To bardzo budujące.

Dzięki przełamywaniu własnego zmęczenia, udało mi się ostatnio solidnie poprawić wynik biegu maratońskiego.