Tybet – Jerzy

Tybet-Lhasa.-Drepung-mnich.m

 

Celem mojej azjatyckiej podróży był od dawna wymarzony Tybet. Plan miałem prosty: wylądować w Lhasie, a dalej przebić się na wschód przez Tybet do Chin. Tylko jak zalecieć do Lhasy? Znajomy obieżyświat poradził mi: leć do Katmandu, stamtąd jakoś dostaniesz się przecież do Tybetu. Stokrotne dzięki mu za to!
Raz, że Nepal jest genialny, dwa, że przejazd przez Himalaje i Tybet to przeżycie z gatunku niebywałych! Ponad tysiąc kilometrów przygody, bajecznych krajobrazów, niesamowitych ludzi, przeogromnych przestrzeni i niebiańskiego spokoju. I wyczerpany do cna limit filmów, który miał starczyć na całą wyprawę!
Ale nie to było najważniejsze. Wyprawa ta zmieniła całe moje przyszłe życie.
Miałem nadzwyczajne szczęście spotkać po drodze niezwykłych ludzi, którzy zmienili mój światopogląd o 180 stopni. Pierwsze ze spotkań nastąpiło już w Katmandu, w Pashupatinath. Była to niezwykła rozmowa w jednej ze świątyń ze świętobliwym Babą, hinduskim nauczycielem. Temat na osobne opowiadanie.
Ale to najważniejsze nastąpiło w Tybecie, w Lhasie. W klasztorze Drepung, w zasadzie w olbrzymim kompleksie klasztornym, gdzie pozostała już tylko garstka mnichów, niemal zderzyłem się ze starym mnichem na rogu jednej ze świątyń. Zaprosił mnie na rozmowę na schodach świątyni. Rozmowę bez słów, gdyż On nie mówił po angielsku, ja po tybetańsku. Rozmowę, która trwała niezwykłych kilkadziesiąt minut. Rozmowę, z której ja, zakompleksiały, znerwicowany Europejczyk okutany konwenansami, chciałem uciec kilka razy. Bo przecież o czym ja będę z nim rozmawiał!!! Nie rozumiemy się! A on za każdym razem łagodnym gestem sadzał mnie ponownie na schodach, młoda mniszka przynosiła kolejną słoną tybetańską herbatę, i roztaczał przede mną gestem dłoni niezwykłą piękność krajobrazów, przestrzeni, życia.

Wraz z trwaniem „rozmowy” spadało ze mnie całe napięcie, z którym tu przyszedłem. Następował niezwykły przekaz, jakaś niezwykła energia wstępowała w moje ciało i duszę. Kolejną herbatę wypiłem już zupełnie spokojny, uśmiechając się do mnicha i rozmawiając z nim za pomocą gestów i uśmiechów następne kilka długich minut. Czułem, że coś się stało, coś się zmieniło.
Do kraju wróciłem, po podróży, która łącznie trwała ponad dwa miesiące, zupełnie odmieniony. Moja partnerka ciągle mnie strofowała: przestań suszyć zęby do wszystkich! – gdy ja uśmiechałem się do nieznajomych.
Ale konsekwencje tych przemian były znacznie głębsze. Przed wyjazdem do Azji byłem klasycznym biznesmenem. Po powrocie zamknąłem swoją działalność, zrezygnowałem z bezproduktywnej walki o tzw. „lepsze życie”, czyli gromadzenie dóbr materialnych. Zająłem się tym, co lubiłem i co robiłem przedtem tylko w wolnych chwilach.
Zacząłem podróżować, robić zdjęcia i filmy. I żyć tylko z tego. Raz lepiej, raz gorzej. Raz całkiem dobrze, raz całkiem źle. Ale zawsze wolny, niezależny, zadowolony z życia. I tak to trwa do dzisiaj, kilkanaście pięknych lat…
Przełamałem chyba najtrudniejszą barierę, barierę niewiary we własne możliwości. Niewiary w możliwość zmienienia świata w którym się żyje. Barierę niemożności wyłamania się z zamkniętego kręgu rzeczy, które się zna, których się jest pewnym, których na wszelki wypadek warto się trzymać, bo nie wiadomo, co przyniesie nieznane NOWE…
PS. na zdjęciu „mój” mnich z czarką słonej tybetańskiej herbaty podczas rozmowy ze mną w klasztorze Drepung.