Victoria – Paweł

700-KM-DO-VICTORII

,,Agorafobia –  m.in. irracjonalny lęk przed przebywaniem na otwartej przestrzeni, wyjściem z domu, samotnym podróżowaniem, wywołany obawą przed napadem paniki i brakiem pomocy”

Paniczny lęk przed znalezieniem się w codziennych, nieuniknionych sytuacjach paraliżuje życie, rozkłada je na czynniki pierwsze, uniemożliwia normalne egzystowanie! Po ponad roku bezowocnych wizyt u różnych psychoterapeutów postanowiłem sam wygrać z chorobą i bez żadnych asekuracji zmierzyć się z rzeczywistością, która mnie przerastała.

Moja terapia polegała na samotnej podróży, pozwalającej znaleźć się jak najdalej bezpiecznego azylu jakim był dom oraz bliskie mi osoby dające pozorne poczucie bezpieczeństwa. Pokonanie siedmiuset kilometrów, które dzieliły mnie od miejsca docelowego, wydawało się wiecznością i mało realne. Coraz bardziej oddalając się się od miejsca zamieszkania odczuwałem nasilające się symptomy lękowe. Oddech stawał się płytki i męczący, drżąca noga na pedale gazu niepewna, serce kołatało niemal chcąc opuścić klatkę piersiową. Napady paniki ustawały, by po jakimś czasie powrócić jak bumerang. Pomimo tego  trwałem w postanowieniu i głęboko wierzyłem, że jestem w stanie pokonać własną ułomność. Im byłem bliżej stawałem się nieco spokojniejszy, lecz lęk i dyskomfort psychiczny w dalszy ciągu wygrywał. Cały czas miałem świadomość, że finalne rozprawienie się z moim problemem będzie mogło mieć miejsce z dala od cywilizacji na piaszczystych terenach Słowińskiego Parku Narodowego.

Przemierzywszy siedemset kilometrów czułem się dopiero półfinalistą, co dogłębnie dotarło do mnie w momencie gdy stanąłem przed bezkresnym horyzontem otwartej dzikiej przestrzeni. Samotnie zanurzając się w nowe przestrzenie odzywały się we mnie nieznane mi dotąd  pokłady fascynacji potęgą pierwotnej natury, które stopniowo przejmowały kontrolę nad lękiem. Krocząc przed siebie coraz odważniej, pozwoliłem się wciągnąć w mnogość doznań dostarczanych przez matkę Ziemie. Słońce, ciepły, miękki, niekończący się  piasek, szum wiatru niosącego morska bryzę wyzwoliły euforię, która całkowicie zdominowała dotychczasowy strach, lęk i niepewność.

Poczułem chęć uwiecznienia mojego zwycięstwa. Statyw, aparat, samowyzwalacz i oto ja i moja Victoria.

P.S. Nikt nie potrafi uleczyć nas tak jak my sami!