Walka z przeciwnościami – Kinga

Bo-to-historia-bo-to-marzenia...Bo-to-historia-godna-przypomnienia...

Jeździectwo to mozolna wspinaczka po szczeblach drabiny własnych słabości. Żmudna walka z przeciwnościami losu, ciągłe doskonalenie się i sięganie w głąb siebie. Każdy krok w górę smakuje małym zwycięstwem, a porażka mobilizuje do podjęcia jeszcze cięższej pracy. Życie to jeden wielki test, wyzwanie, które rzuca nam los i tylko od nas zależy, czy je podejmiemy.

Jednakże, historii życia nie da się streścić w kilku słowach. Każdy dzień nas odmienia i sprawia, że stajemy się silniejsi. Z końmi byłam od zawsze, stały się sensem mojego życia i zrozumiałam, że bez nich mój świat nie ma prawa bytu. Jednak, by wszystko nabrało kolorów, musiałam nieźle się postarać i poddać próbie ciało i duszę. Pierwszą okazała się ciężka choroba mojego konia. Gdy lekarze dawali mu kilka dni życia, radość prysła. Patrząc na jej łzy, krew i pełne zaufania spojrzenie, nie mogłam stchórzyć. Czekało nas zadanie wręcz niemożliwe, ale nie poddałam się, nie miałam takiego prawa, nie wtedy, gdy w moich rękach złożone jest życie niewinnego stworzenia.

Teraz patrząc wstecz, nieprzespane noce i radykalna dieta portfela, były warte dzisiejszego galopu Szafiry. Okrutny los, zadał następny cios, prosto w najczulszy punkt, moich rodziców dopadł nowotwór, miesiące strachu i walki, na zawsze odcisnęły na nas swe okrutne piętno, ale także zacieśnił między nami więzi. Krótko potem, po upadku, okazało się, że mam wstrząśnięcie mózgu i poważną kontuzję kolana, na jaw wyszła ciężka choroba serducha. Werdykt białego kitla – jeśli nie chcę przedwcześnie wąchać od spodu kwiatków – zero jazdy konnej. O ironio, po wyjściu ze szpitala wylądowałam w siodle. Nie potrafiłam zrezygnować, nawet jeśli ciążył nade mną wyrok, to jak narkotyk, coś od czego się uzależniamy i nie możemy potem bez tego żyć. Szczęściu towarzyszył ból, pot, łzy i tabletki przeciwbólowe. Kolano niemiłosiernie bolało, po zejściu z konia, wykluczało mnie z normalnego chodzenia, a kłopoty z sercem kończyły się atakami.

Wszyscy protestowali, zabraniali, ale nie starali się mnie zrozumieć lub nie potrafili. Broniłam się, przekonywałam – konie są moim sercem, więc powiedźcie mi, jak mogę żyć bez serca? A skoro moje szwankowało, miałam mało do stracenia, a wiele do zyskania. Wolę umrzeć w siodle, niż nigdy nie sięgnąć gwiazd. Rodzice zrozumieli i , choć z trudem, zaakceptowali mój wybór, pobłogosławili i powiedzieli: „Jeśli zdołasz poskromić swoje serce, przeciwstawisz się i zmienisz świat. Bądź odważna, idź”. Dzięki ich miłości i wierze, nauczyłam się być dobrym i prawdziwym człowiekiem, pokazałam, że jestem silna, odważna, mocna tak duchowo, że nikt mnie nie pokona i nie ugnie mych kolan.