Warto walczyć o życie – Marta

DSC1355

 

Miałam 15 lat, kiedy to się zaczęło. Chciałam po prostu schudnąć, chciałam wyglądać ładnie, zresztą jak pewnie każda kobieta.

Nawet nie wiem, kiedy przerodziło się to w koszmar, z którego wyjście wciąż trwa. Nigdy nie pomyślałabym, że to dotknie mnie, dziewczynę cieszącą się życiem, żyjącą z kochającą rodziną (najlepszą rodziną na świecie), mającą grupę, jak się wtedy wydawało, wspaniałych przyjaciół, uprawiającą wszystkie możliwe sporty, denerwującą wszystkich swą gadatliwością. Zorientowałam się, kiedy już nie miałam sił, żeby jeździć konno, potem żeby chodzić do szkoły, aż w końcu, żeby wstać z łóżka.

Zaczęły mi wypadać włosy i to całymi garściami. „Przyjaciele” woleli uniknąć problemu, choć rozumiem ich postępowanie, przecież sama też się od nich odwróciłam. Nie pasowały na mnie żadne ubrania. Tylko czemu? Przecież w moich oczach wyglądałam tak, jak zawsze – grubo. Nadal tak jest, choć teraz mam świadomość, że ten obraz jest zniekształcony.

Zamknęłam się w sobie. Choroba odbierała mi każdego dnia około 100 gramów. W sumie straciłam około 35% mojej masy ciała. Mam przed oczami obraz, kiedy płakałam jak dziecko nad jedną łyżeczką kaszki, którą miałam zjeść. Teraz wydaje się to absurdalne. Za każdym kęsem bolał mnie, a właściwie palił przełyk. Niezwykłe, co choroba potrafi wmówić człowiekowi. Walka trwa już 3 lata.

Dopiero teraz mogę powiedzieć, że powolutku wszystko wraca do normy. Odrastają mi włosy, co czasem mnie denerwuje, bo niektóre są króciutkie i tworzą „koguty” na mojej głowie. Jednakże od razu się reflektuję, gdy pomyślę, że nadal mogłabym mieć tamte wstrętne łyse place.

Najbardziej w tym wszystkim żal mi jest mojej rodziny. Mama walczyła za mnie jak lew. Kiedy ja nie miałam siły, ona ją miała. Nie oddała mnie do żadnego ośrodka, choć pani psycholog wyraźnie to zalecała. Każdego dnia pisała dla mnie jadłospis, stała się moim osobistym, najlepszym na świecie dietetykiem. Przymykała oko na to, że nie jadłam wszystkiego, chociaż oczywiście o tym wiedziała. Tata i brat próbowali umilać mi życie, rozśmieszali mnie na wszystkie możliwe sposoby, a kiedy zamiast śmiechem wybuchałam płaczem, nie poddawali się, próbowali dalej.

Nigdy nie zdołam odwdzięczyć się im za to, co mi dali. Podarowali mi drugie życie i nadal mnie wspierają. Mi się udało pokonać „drugą siebie”, chorobę. Jednak nie każdy ma tyle szczęścia. Mam nadzieję, że moja historia, choć to, co napisałam jest jedynie kroplą w morzu tego, co przeżyłam, pomoże innym lub chociaż uświadomi ich, że zawsze warto walczyć o życie, o samego siebie, nawet wówczas, gdy już nie mamy sił. Żyje się tylko raz i tylko od nas zależy, jak nasze życie przeżyjemy. To my piszemy swój własny scenariusz.