Wola życia – Michał

Michał Naumczyk   Kościół Uliczny przy metrze w Warszawie

Zdjęcie przedstawia wydarzenie w trakcie tzw Kościoła Ulicznego. Jest to akcja ulicznego zachęcania do wiary w Jezusa Chrystusa, wstąpienia do wspólnoty jednego z kościołów protestanckich i akcja karmienia bezdomnych – odbywające się łącznie w środowe wieczory przed stacją metra Centrum w Warszawie. Człowiek którego wyobrażenie chcę przybliżyć długo klęczał naprzeciw śpiewających. Klęczał gdy przyszedłem i gdy odchodziłem w niemal identycznej postawie. Tak jak nie wiem co dokładnie było przyczyną intensywnego uzewnętrzniającego się przeżycia u niego – tak trudno mi oprzeć się wrażeniu, że trudno by było znaleźć kogoś zdającego bezpośrednią relację z jakiegoś przekraczającego doświadczenia kto byłby w tej relacji równie wiarygodny jak doświadczenie widoku tego człowieka. Łkał mówiąc po cichu do siebie pojedyncze słowa i zaciskając dłonie w znaku formie charakterystycznej dla intencji prośby i podziękowania. Taki moment gdy cierpiący człowiek uzyskuje poczucie oparcia pozwalające na zupełne poddanie się, które nie prowadzi do rozpadu, ale daje nowe siły. Takiego doświadczenia nie można zaplanować jak wyczynu sportowego. Czasem przychodzi nawet nie reprezentowane żadnym konkretem myśli, rzadziej zwyczajnie wieńczy stan świadomości. Przemiana poprzez rozpacz nie musi prowadzić w lepszym kierunku. Czasem wyraźnie umiera jakaś cząstka człowieka. Bezdomność można porównać z lotem szybowcem, moment ofiarowania sobie miłości w szlochu jest jak lądowanie – a szybować trzeba dalej. Przemarznięta czerwona skóra jeszcze nie raz będzie wystawiona na próbę. Każdy następny raz w beznadziei jest wbrew beznadziei bardziej „nadziejny”. Większość bezdomnych przychodzących na Kościół Uliczny to ludzie normalności beznadziei. Wiecznego budowania woli życia, iskierki szczęścia – na czymkolwiek. Udzielający swoim przystosowaniem nieprawdy o paskudności swej egzystencji. Nie mają żadnych ekstremów „dodatkowych” – jak np. ludzie zmagający się ze sportowym wyczynem – mimo tego, że ich całe życie jest psychicznym bliskim odpowiednikiem wyczynu tamtych. Widząc szlochającego bezdomnego wiem że ma jeszcze dużo sił – oczywiście w porównaniu do innych bezdomnych. Jeśli to „nie pierwszy” szloch nie wydaje mi się, że stoi za tym coś banalnego. Bogactwem bezdomnych jest codzienna transcendencja, codzienna prawda doświadczenia za którą tak często gonią ludzie doświadczający życia przez schematy próbowania wszystkiego w pewnym odpowiedniku fizycznego znieczulenia – wydozowania, na tyle na ile można sobie pozwolić. Bohater mojej relacji wyglądał na kogoś przeżywającego mimo wszystko coś wyjątkowego w skali swego życia choć nie potrafię tego uzasadnić. Wstyd było patrzeć, a co dopiero czekać na „lepsze zdjęcie”.

Myślę, że są wyraźnie bardziej potrzebujący pomocy od niego, ale tylko dlatego bardziej, że nieświadomą wyobraźnię „drażni” fakt zdolności do wyrażania rozpaczy, która to zdolność wydaje się luksusem gdy ją zestawić z zupełną nędzą. Podziwiam wolę życia i odporność żywiących się chlebem i słowem szybowników.